Wszyscy opowiadają o Buce. Kim, do licha ona była?

Autor: . Wiśniewski, Gatunek: Proza, Dodano: 04 maja 2016, 20:11:20

Wszyscy opowiadają o Buce. Kim, do licha ona była?

 

Buka? Starą przez niektórych zwana?


Powiadano, że pochodziła z okolic Łobza, z któregoś z tych przysiółków w dolinie Regi, z dwoma czy trzema gospodarstwami rozdzielonymi pochylonym płotem, zaniedbanymi podwórkami pełnymi porzuconych i zbędnych już z braku chęci i pieniędzy maszyn rolniczych, stosów darmowego drewna z lasu; gdzie domy o zapadniętych dachach patrzą na siebie ciemnymi oczodołami okien. Bieda i beznadzieja, opuszczenie.


Powiadano, że kiedyś była piękna, że czarne jej włosy falami po alabastrowej skórze ramion spływały, że jej oczy, tak później znane ze swej jadowitej żółci, były wtedy głęboko brązowe; że uśmiech koralem błyszczał, zęby perłą.


Wysoka, piękna kobieta - trudno dziś w to uwierzyć.

Powiadano, że była bogata. Że miała wiele złota, srebra i kamieni w pokrzywach pod chatą, w lisich jamach i borsuczych norach ukrytych. Skarby w żyznej torfowej ziemi, w korzeniach platanów, wśród porośniętych mchem ruin domostw; perły na dnie Węgorzy.


Powiadano, że straciła wszystko to przez mężczyznę.


Tak głosi legenda. Jak jednak rzecz miała się naprawdę?


Przybyła nad brzeg morza z początkiem kwietnia 19..., ostatni raz widziano ją tego samego roku przed świętym Andrzejem. Wysoka, mocna, ubrana w skórzany płaszcz i futro z fok, mimo ciepłych już dni. Pewna każdego kroku, ściskając w ręku kij, prosto się trzymała, zmierzając najkrótszą drogą przez lasy do Rybokat. Licho ją niosło a diabeł prowadził, szepcząc do ucha:


Co twoje, to twoje

Zabrali, zabrali

Co twoje, to twoje

Zabrali, zabrali


Przeszła przez wieś mamrocząc zaklęcia, czyniąc znaki i rzucając uroki, przekleństwami odsyłając ciekawskie spojrzenia. Licho ją niosło, diabeł drogę podpowiadał:

 

Tam brzeg morza wygiąłem w łuk

Zielonej gliny spiętrzając wał

 

Stanęła przed Kamiennym Domkiem, w obejściu Agata, Ginger-Ciupażką zwana, dywany właśnie szczotką czyściła. Stara podeszła do niej i rzekła:

 

Co moje, to moje

Zabrali, zabrali

 

- Co, twoje? - zapytała Ciupażka podnosząc głowę. - Co zabrali?


Stara milczała. Nie patrząc na pozwolenie weszła do środka. W tej samej chwili zerwał się potężny wiatr, przygiął do ziemi konary drzew, i zatrzasnął za nią drzwi, i ogień zgasił w kominie. Potem ucichł. A potem, znad morza przyszła purpurowa mgła.


Zimno i mgła nastały w domu Ciupażki. Zły ze Starą był, za nią w krok szedł.

Z trudem niemałym udało się Ginger drzwi otworzyć, wpadła więc z krzykiem do kuchennego pokoju, chwyciła pogrzebacz góralska dziewucha - nie trzeba było jej podpowiedzi, co robić z takimi.


Ale stalowy pręt, zagięty na końcu, w jej ręku w żmiję się zamienił, i rozżarzonym żelazem zaczął kąsać. Puściła czartowskie narzędzie Ciupażka i natychmiast zręcznie kija chwyciła, kija co był do do przesuwania storów gotowany, ale ten natychmiast skurczył się do rozmiaru zaciśniętej pięści i zamienił w jadowitą żabę. Ciupażka, spryciula, cisnęła w Starą żabskiem, ale to, nim do celu dolecieć zdążyło, zamieniło się w obłok czarnej pary.


- A niech cię kaduk pognie, i hajna! - tupnęła nogą Ginger, widząc siłę Starej.


Ta uniosła dziadowski kij i powiedziała: - Chciałaś, masz.


Zapłonęły złem żółte ślepia. Zaczęła mówić, a słowa śluzem jadu prawoślazów ślimaków spływały.

- Syna mi zabrali, synka mojego, co jeden się ostał, skryty przeze mnie przed Królem Olch. Zabrali go w dniu tej, która w tańcu wiruje, miłosną pieśń wrzecionem prowadząc. Powiedli do miasta, potem zamknęli w Różowym Pałacu nad Bażanciarnią, którą woda przykrywa. Potem przewieźli tu, myląc trop i pieniędzmi płacąc. Teraz ty go masz. Oddaj, oddasz. Bo co moje to moje, zabrali, zabrali. Po swoje przyszłam, ja swoje biorę.


Ciupażka milczała, przyglądając się gościowi uważnie, w myślach zastanawiając się, jakie licho przygnało starą wiedźmę, o której tyle opowieści i bajek zdążyła w dzieciństwie usłyszeć z ust wielu. Nie zdradziła się jednak ze swoją wiedzą zagadnień diabelskich, słusznie sądząc, że wiara w zło, zło napędza i siłę mu daje.


- O czym mówisz? - zapytała Ciupażka. - Czy nie pomyliłaś czegoś, kobieto? Miejsca i ludzi pewnie. Błądzisz babo, szaleństwo cię prowadzi. Straciłaś dzieci? Wielka to strata, ale...

- Co moje, to moje. Zabrali, zabrali.


Ciupażka, widząc jawne oznaki szamańskiego nawiedzenia Starej, roześmiała się na głos.

- Nie przestraszysz mnie. Znam cię. Znam i twoje sztuczki czarodziejskie, syberyjskie szamańskie wybryki. Znam i twoje tajemnice największe. Znam i największą z nich - że jesteś martwa i zimna, bo żeś zmarła za życia, i jak zmora trupia w norze siedzisz jak w grobie. Nieszczęść pełna, na innych nieszczęścia rzucasz, taka twa dola, gnijący robaku.


Tu Ginger podeszła do kuchennego stołu.

- Synka twego mam. Nie oddam. Służy mi tu, w świnię zamieniony, Kaliban. Pieniądze przynosi, a jakże, też.

Stara nie powiedziała nic, nie poruszyła się nawet, jedynie żółtym wzrokiem pełnym jadu patrzyła na Ginger.

- Nie oddam. A ty siłą nie zabierzesz, wiesz dobrze - pokiwała głową Ginger. - Opowiadano mi o tobie. Czary rzucasz, czary odczyniasz. Odczyń i ten.


Ginger otworzyła szufladę stołową, chwilę grzebała w szpargałach, takich jak szpulki do nici, guziki, śrubki i drobne monety, po czym wyciągnęła dwa kawałki żeglarskiej linki połączone ze sobą dwoma węzłami.


- To węzły na burzę, ale wiązane we dwa, na dwa dają węzeł na życie - powiedziała Ciupażka. Widać było, że wie co mówi, że zna wiele magicznych sztuczek, że wielka jest jej tajemnica.

- Rozwiąż, a synka odzyskasz - powiedziała Ciupażka. - Albo odejdź, nie wracaj tu. Bo co węzłem życia związane, tego źlejucha nie rozwiąże. Co węzłem związane, to choćby w grobie, staje.


Odpowiedziała jej Stara:

- Chciałaś, masz.


I odeszła precz, a wszystko zło, i złe rzeczy, co przy jej obecności się działy, odeszły jak ona.


Dziwne się rzeczy działy przez następne trzy dni po jej odejściu. Głosy i krzyki słyszeć się dało w lesie wokół Jęzora, mary dziwne, jakby z grobu powstałe ludziom przechodnym się objawiały; strzygi z bagna, mówiono, najęte przez Starą, trupy prusaków, przekupione przez Starą; duchy tak pradawne, że nazw nie mają, umówione przez Starą. Potem wszystko ucichło, jakby ręką odjął.


Ale, cóż to?! Cóż za zgiełk się zbliża?!

Czwartego dnia rozpętała się burza. Przyszła z brązową chmurą, z morza, wichrem i biczem deszczu targała las przez dzień cały, potem odeszła równie niespodziewanie, jak się pojawiła.


Ale, cóż to?! Cóż za zgiełk się zbliża?! Jęk niemożliwy!

Piątego dnia, nagle przyszedł sztorm. Podniósł falę przed Jęzorem, zrywając sieci, bogobojnych rybaków posyłając w śmierć, wściekły rzucił się na ląd. Potem odszedł równie niespodziewanie.


Następnego dnia, z rana wychodząc, Fred zauważył coś na plaży pod Jęzorem. Zaciekawiony zszedł na dół. Na brzegu leżał martwy morświn.

- Linką żeglarską się zadusił. Dziwne. Duszą się w sieciach, ten w pojedynczej lince, jakby go powrozem związali.


Ginger słuchała z uwagą. Wiedziała, że to zły znak. Jeden z wielu złych znaków, które odczytywała każdego z pięciu dni.


Źle się działo z Ginger. Wiedziała to. Źle obliczyła siły, złe kroki poczyniła. Stara była nie tą, o której mówiono, pomyślała Ginger, kimś innym była. Nie silniejszym, nie; jednak nie tym, o kim myślałam. Pomyliłam się, moje czary na nic się nie zdały. Chciałam, mam.


Kaduk. Epilepsja. Ślina rtęciowa. Spełniły się słowa Ginger, w słowach Starej.


- Wiem za co - szeptała do siebie, gdy nadchodził atak. - Jak to się skończy?


Wtedy zaczęto spotykać Starą. Już tu, już tam, zaczęła pojawiać się niespodziewanie, i równie niespodziewanie znikać. Gdzie była, tam mróz ścinał ziemię, szronem znacząc ślad.

- Buka, Buka, Buka zła - szeptała Ginger, gdy nadchodził atak epilepsji. - Jak to się skończy?


Powiadano, że właśnie wtedy widziano Weronka i Starą, Buką od tej chwili zwaną, razem. Powiadano, a jeszcze stu świadków tego widoku żyje, że spotykali się oboje na plaży pod Jęzorem Diabła, zawsze nocą, zawsze według określonego porządku.


- Tańczy mu - szepczą do ucha świadkowie, nadal, mimo tylu lat dzielących ich od tego wydarzenia, bojący się głośno o tym mówić. - On przynosi światło, lampę naftową, stawia na piasku, a ona tańczy wokół niej.

- Rytuał jakiś.


- Bzdury - szepczą inni. - Spotykali się potajemnie, ona uczy go złych uroków i przekleństw. Wzywają potwora z głębin, Niedźwiedzia Morskiego, którego wycie słychać.


- Tam, takie - niecierpliwią się następni. - Chwyta go za rękę, i razem w głębiny schodzą. Widziano ich razem z Mirzyńskimi, jak naradzali się, zło i nieszczęście knując.

- Trzy życzenia miał Weronek - powiada napotkany w lesie, nocą, nieznajomy. - Trzy młyńskie u szyi kamienie.


Wtedy też nadszedł koniec Ginger, Ciupażką zwanej. A wydarzenia działy się w tej kolejności:

Mróz pod koniec października, jednej chwili w środku dnia ściął liście na drzewach. Ogłupiała Ciupażka kładła się na ziemi, przykrywając liśćmi.

Sztorm stulecia miesiąc później. Wydmy zalewane przez fale. Buka widziana jest w pobliżu Jęzora. Fale truchleją na jej widok i uciekają z powrotem do morza.

Gdy wiatr uspokaja się, a woda kołysze martwą falą, znajdują Ginger. Ubrana w krynolinową suknię, leży na strądzie zaplątana w sieci. Na szyi ma jedwabny powróz.


Tylko się chciała schylić po wstążkę, stojąc na skraju klifu. Podobny tej twojej los, Bob! Obłąkanej jednak z namiętności, nie miłości. Chciałaś, masz.


Pogrzeb, z którym wiele rabanu. Proboszcz Plebanek w rozpaczy.

- Dajcie dziewusze spokój! - ryczy z ambony. - Samiście nie lepsi!

- A i ty nie gorszy - syczą jak węże, jego owieczki. - Do Prusaków ją daj! Tam między niemi w torfie miejsce dawno już ma!

- Pogłupieliśta! - wyje.

- Wzięły się czarty za łby?! Jedna zdechła?! Jednej mniej!


Pobili go jak psa, porzucili pod kruchtą, wodę święconą jeno wynosząc ze sobą.


Następny z serii sztormów, gdy fale zalewają wydmy, kolorowe liście wirują nad drzewami. Kondukt, prowadzący umarłą zarośniętymi krętymi ścieżkami. Do torfowiska ją wiodą. Modlitwy, kadzidła, dźwięki pieśni - tych wiele, w nich jedyna dla niej nadzieja - na koniec wilgotny grób wśród obcych jej ludzi.


Płyta z piaskowca, wykuty gotykiem napis, dziś już nieczytelny:

 

Kto żyje namiętnościami, ten dwa razy żyje


Od tego czasu, Starej, Buki, nigdy już w okolicy nie widziano.

Komentarze (2)

  • Taki urok literackich artefaktów czasem: Johann Wolfgang von Goethe nie znał duńskiego, skorzystał z błędnego tłumaczenia na niemiecki, w ten sposób króla elfów przemienił się w króla olch:)

    Kto dwa razy żyje, budzi namiętności:)

    Tekst ciekawy, inspirujący, w tempie. Redakcja staranna, nie ma do czego się przyczepić:)

  • Fragment mojej powieści (niezbyt reprezentatywny), nikt nie chce tego wydać. Parodia Salmy Lagerlof.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się