jean

Autor: . Wiśniewski, Gatunek: Proza, Dodano: 02 sierpnia 2016, 22:34:12

Internet.
Następnego dnia wieczorem siadam do roboty. Internet i wyszukiwarki. Papierochy i kawa.
Trzy godziny klikania, tłuczenia w klawiaturę, mrużenia załzawionych oczu i zabawy niedopałkami w popielniczce, gdy desperacja nie pozwala oderwać się od tego gówna. Ból kręgosłupa, wraca mrowienie w lewej ręce, zaczyna niedomagać biodro. Właściwie, nic nie mam. Rudziewicz nie funkcjonuje w necie, nie ma strony, konta na fejsie, góglu, instagramie, pintercośtam czy tłicie, czy czymkolwiek, nie udziela się w niczym i nigdzie. Plotkarskie strony milczą, filmowe bredzą byle co, kilka wpisów na jego temat w blogach filmoznawców amatorów i wyczerpane jest źródło wiadomości zwane internetem.
- Jak to, nic nie ma? - pyta Jean. - Zawsze coś jest. - Wzrusza ramionami i wyciera usta chusteczką.
- Nic.
Kolejna restauracyjka (już wspominałem, lubi zdrobnienia tego wyrazu), tym razem duszony dzik w winie i ciężkie nalewki z Minervois. Zima, Jean tyje. - Stres - mówi. Dopija wino, wykonuje gest dłonią, gest, który ma uzmysłowić mi stan jego umysłu. - Przez tego waszego reżysera. W ogóle przez was. Kryzys, a wy jak zwykle na końcu. Nigdy nie można na was liczyć. Zrób coś.
Dzwonię do Polski. Instytut Sztuki Filmowej. Nie, nie wiedzą. Ależ tak, to, to wiedzą, wiedzą o kim mówię, znany twórca.
Jean. - No, a gdzie on mieszka?
- Nie mają pojęcia - kręcę głową.
- Zaszył się! - Jean prawie krzyczy. - Znam ja was. Zawsze się zaszywacie. Jak trzeba, nigdy was nie ma!
- Odpierdol się Jean. - Podnoszę kieliszek i przyglądam się oleistym zaciekom na ściankach. Wino jest za ciepłe, i za mocne. - W trzydziestym dziewiątym, to was nie było.
Wpada w szał.
Jeżeli chcesz przeprowadzić swój plan, musimy znaleźć kogoś, kto wie gdzie on jest.
Dochodzi do siebie. - No - kiwa głową. - Znajdź.
Zaczyna mnie denerwować. Zaczyna mnie drażnić jego zimowe obżarstwo, galijski tumiwisizm, uwagi czynione wszystkim i wszystkiemu, przemądrzalstwo, brak choćby szczątków ogłady, bezczelna głupota w towarzystwie, szczanie po bramach, smród w służbowym kiblu poprzedzony godzinną lekturą Prousta, sobotnio-niedzielne szlafrokowanie, tępe milczenie do południa i telefoniczne awantury z byłą żoną po.
- Wcześniej tego nie zauważyłeś? - Pytam sam siebie i pytam Ballard.
- Ten debil pod moim dachem?! - odpowiada krzykiem Ballard. - Podszyty mieszczańskim farbowanym futrem z lisa, francuski elegancki antysemityzm? Skurwysynek w atłasowym poranniczku? Taki inteligentny, oczytany i zgrabny? Taki rozmiękczony stylowo i francusko? Taki noniebądźżedoprzesady? Taki, Ho Ho Ho? Hi Hi Hi? Ha Ha Ha? Nigdy! - Wali drzwiami.
Nie lubili się? Było mi to obojętne. Właściwie wszystko było mi wtedy obojętne. Dlaczego teraz nagle nie jest?

Aïmee, wybladłe anorektyczne stworzenie z paryskiej centrali, zna kogoś, kto zna kogoś w Kanadzie, kto gadał z nim przed dwoma laty.
- I co?
Aïmee jest pół Bretonką i pół Berberyjką, dwa razy na be. Wygina za duże i za wąskie usta w kształt paryskiej bułki, której nazwy nie pamiętam. Jest ładna, zgrabna, nawet z klasą, co nie jest standardem w naszej profesji. Jest nieszczęśliwa. Nie, nie jest samotna, mąż kocha przecież; myślą o dzieciach. Poprawia serwetkę, unosi głowę i odwraca się, prezentując profil helleńskich bogiń.
- Więc co Aïmee? - Widzę samego siebie zadającego to pytanie. Jestem Guido z 8 ½, ona, Luisa, zapala kolejnego papierosa.
- Nic.
Nie uśmiecha się. Marszczy swój zadarty nieco, zauważyłem, po bretońsku nosek.
- Ten twój Rudziewicz. - Na chwilę zawiesza głos, przypomina sobie zasłyszane brzmienie tego nazwiska i zastanawia się czy dobrze je wymówiła. - Siedzi gdzieś w Polsce, w krzakach.
- W krzakach? - dziwię się.
- Tak. Albo górach. Albo bagnach. Jakoś tak.
- Co tam robi?
- Nic - wzrusza ramionami. Gasi papierosa i natychmiast odpala następnego. Przytyłam, myśli, muszę dojść do paczki dziennie to znowu schudnę. Boże, o co mu chodzi? Co można robić w Polsce? Czego on chce od tego idioty? Filmy? Jakie filmy?
- Gdzie te bagna?
Zamawiam solę z rusztu. Aïmee jest na diecie z Kopenhagi. Pierwszy dzień, między  drugą a trzecią jada filet z chudej ryby, dwa jaja na twardo i liść sałaty z cytryną. Z premedytacją, dwa razy powtarza kelnerowi zamówienie, dodaje zabawną uwagę o martwych anorektyczkach i martwych wielorybach. Wie o Ballard, życzliwie przekazano jej wieści o moim nieszczęściu. Ziewa i wzrusza ramionami. Jej okrucieństwo wobec bliźnich jest wypracowanym nawykiem, brak mu naturalnego wdzięku.
Boże. Jak ona wzrusza ramionami, jak rozkosznie ziewa!
- Nie wiadomo. Zerwał kontakty, znajomości mu się też jakoś pokończyły. Na pewno nic nie kręci. Co on tam robi?
- Stary jest? - pytam.
To, w końcu retoryczne we Francji pytanie, jest jak dźgnięcie nożem. Aïmee skręca się na krześle, piszczy do siebie zaklęcia, coś jak: akyszakysz, chyba po berberyjsku. Czterdziestoletnia paryska diva, bogini tego miasta, miasta bogiń. Przeczytała jednak wszystko i za dużo Houellebecqa, i wie jak się to skończy; napisał im to czarno na białym. Sięgam po butelkę wina. Nie, nie pije przecież, protestuje niemrawo.
- Masz masz jego numer?
Wyciąga notes, najpiękniejszy jaki widziałem w życiu, taki sam miał podobno Hemingway, edycja dla panien z klasą pomieszkujących w dzielnicach od I do XVII. Długimi palcami berberyjskich dziewic przewraca strony, odnajdując właściwą.

Telefon.
- Rudziewicz? Boże, taki talent. - Facet bełkocze, z trudem panując nad swoim francuskim. Wyjechał. Zwinął wszystko i wyjechał. Raz w roku dzwoni, pyta co słychać i pozdrawia. Nie, nie mam kontaktu. Dlaczego o niego pytam?
Drugi telefon.
- Nic nie robi, wycofał się, zajął się biznesem, nieruchomości. Ma kasę.
- Wypalił się?
Chwila zastanowienia. - Nie sądzę. On chyba nie ma warunków, nie lubią go tam, nawet za bardzo nie cenią. Myślę, że cierpi z tego powodu.
Trzeci telefon.
- Wracać do kraju z którego się uciekło? Bez sensu. Polskie kino to przeszłość, Czesi są lepsi, zawsze byli. Próbował coś robić, ale właściwie nie miał z kim współpracować. Tam jest teraz dno. Chodzą słuchy, że dorwał jakąś młodą laskę i zaczyna coś kręcić, ale nie dałbym temu wiary. Nienawidzą go, taka lokalna specyfika: najgorzej jak ci się uda. Wszędzie to jest, ale tam szczególnie. Facet przewraca kino do góry nogami, po nim wszystko jest inne, połowa współczesnego horroru to zrzynki pomysłów z jego filmów, a oni najpierw ukamienowali a potem wygnali go z miasta. Trudno być prorokiem we własnym kraju.
- Trudno - przyznaję. - Masz z nim kontakt?
- Nikt nie ma. Dzwoni co jakiś czas. Wydaje się, że wszystko dobrze, ale wiem swoje. On tam umiera. Jeszcze parę lat, pewnie zaczął pić; potem zapadnie się w sobie albo wyschnie jak ozdobny oset w wazonie ciotki. To jego koniec, i pewnie zdaje sobie z tego sprawę. Poza tym, stary jest, w tym wieku...
Coś przerywa. Wybieram numer, jest sygnał.
- Halo?
- To ja.
- Nie pomogę ci.
- Czy wiesz, gdzie on mieszka?
Chwila milczenia.
- Stawiałbym na morze, lubił morze.
- Morze?
- Miał jacht. Od małego pływał, żadne dalekie rejsy, ale lubił pokręcić się po wodzie. On chyba urodził się gdzieś nad morzem. Szukaj miejsc z tym związanych. Tyle wiem.
- Bardzo mi pomogłeś.
- OK. Dobranoc.
Następnego dnia kupiłem mapę polskiego wybrzeża.
- To bez sensu. - Jean dźgnął widelcem rozpostartą na stole płachtę .
- Niczego więcej nie mam.
- Jedź tam. Powęsz, muszą być jakieś ślady. - Dalej ciągnął swoje psiomyśliwskie porównania i metafory. Uderzył się w czoło łyżką do puddingu, dla odmiany siedzieliśmy w restauracyjce (Mówiłem już wam, że lubi zdrabniać to słowo?) z angielszczyzną. - Niemożliwe. Facet robi jakieś interesy w nieruchomościach? Pokręć się wokół pośredników, popytaj, zgarnij deweloperów... Zrób coś do cholery bo nas wywalą! - ryknął.
- Nie krzycz - zwijam mapę. Kelner przynosi smażone śledzie, jest piątek, Jean to przecież katolik, to jest teraz w dobrym tonie. Jak zawsze waniejący trupem barok, arogancki gotyk, modernizm z mnóstwem nieczytelnych odwołań - forma doprowadzona do perfekcji, by móc pokazać Bogu jego siłę i chwałę, co nie jest nawet bluźnierstwem, tylko głupotą, która stała się normą wyobraźni. Natchnione kazania, przykładnie dla swych owieczek wychudłych księży, towarzystwo też jakby lepsze, żadnych starych nietrendy ciotek, rumianych wieśniaków w szarych paltach i pierdzących czosnkowo mieszczuchów. Wszystko smukłe, blade i zamyślone, ubrane jak trzeba w czarne, uszyte jak trzeba ciuchy, od mało znanych projektantów, nie jakieś wieśniackie Diory, Gaultiery itepe dla nuworyszy, barbarzyńców ze Wschodu czy Włochów albo Niemców; same fajne laski, fajni goście, geje najlepsi z najlepszych, w ogóle wszystko w stylu i z klasą. Wychodzą z kościoła, jest churching, zaparkowane pod platanami Citroeny, Panhardy, Simki i Talboty lśnią dyskretnie... W środku tego Jean. Jean wymienia uwagi. Jean jest zatroskany. Jean wdzięczy się, popisuje... erudycja... Tak, tak, przecież Jean jest wydawcą (sic!), wszyscy mówią wszystko, ateizm pokonany, spocony Dawkins podobny spoconemu Marksowi. Cóż, mody mijają boys! A w środku Jean! A w środku Jean! Patrzę na mapę polskiego wybrzeża i myślę o tamtych kościołach, ulepionych z marnych cegieł, na modłę i miarę prymitywnego pomorskiego gotyku, tamtych księżach, motłochu wylewającym się z bram. Pytam sam siebie:
- Czyj ja teraz jestem? Tu,  w tym momencie. Tamtych? Czy tych?

Wiesz Claire...
Wiem.
Piątkowy wieczór, wyjście do kina, jak w każdy inny piątkowy wieczór.
To jest o tym, mówi Claire, że czasami to co widzisz, nie jest tym co widzisz. Obrazy kłamią jak słowa, mają swoją własną narrację, która służy ukryciu prawdy, zawsze znajdą wygodny kontekst, by wpasować się jako luźny element układanki. Zawsze fałszywie. Wszystko kłamie.
Wydaje mi się.
Jest tak, jak ci się wydaje.
Mimo, że masz dowody na poparcie swoich racji, nawet jak tu, w postaci zdjęć, nie możesz dojść do sedna spraw.
Powiększenie, nie wystarczy powiększyć.
Wystarczy powiększyć, ale nic to nie zmieni, nie dowiesz się niczego. I nigdy nie będziesz już taki sam, taki jak przedtem.

Komentarze (6)

  • Treść jakaś taka nerwowa, a styl pełen egzaltacji, ale to zdaje mi się teraz bardzo modne. A co modne, to ma szansę.

  • Tak ma być, histerycznie. Szans nie ma, za trudne i antypolskie. Chcą kalki skandynawskiego kryminału - serio, tak powiedzieli mi w kilku wydawnictwach.

  • pozostaje pisanie non profit.

  • Nie ma non profit, nie ma sensu, zawsze trzeba zarabiać na pisaniu, tak to działa.

  • Plusy:

    Te celowo niepoprawne nazwy: fejsie, góglu, instagramie, pintercośtam czy tłicie.

    Dobrze się to czyta.

    Minusy:

    „Trzy godziny klikania, tłuczenia w klawiaturę (...)” - Można wywalić „klikania”, bo tak jest dwa razy o tym samym.

    Powinny być długie myślniki a nie krótkie.

    „Dopija wino, wykonuje gest dłonią, gest, który ma uzmysłowić mi stan jego umysłu.” - Można pozbyć się drugiego „gest”. Prawie koło siebie „uzmysłowić” i „umysłu” brzmi jak masło maślane, warto zmienić czasownik na jakiś bliskoznaczny.

    „Kolejna restauracyjka (już wspominałem, lubi zdrobnienia tego wyrazu) (...)” - Kiedy wspominałeś? Bo w tekście powyżej tego zdania niczego takiego nie zauważyłam. W opowiadaniach itp. nie powinno się używać nawiasów, lepiej zmienić to na myślniki.

    W opisie „Kolejna restauracyjka (...) twórca” nagle jest wtrącony dialog, który powinien zacząć się od nowego akapitu.

    „- Nie mają pojęcia - kręcę głową.” - Powinno być: – Nie mają pojęcia. – Kręcę głową.

    „- Odpierdol się Jean. - Podnoszę kieliszek i przyglądam się oleistym zaciekom na ściankach. Wino jest za ciepłe, i za mocne. - W trzydziestym dziewiątym, to was nie było.” - Powinny być długie myślniki. Po „Odpierdol się” brakuje przecinka. A przed „i” i po „dziewiątym” niepotrzebny przecinek.

    „Wpada w szał.
    Jeżeli chcesz przeprowadzić swój plan, musimy znaleźć kogoś, kto wie gdzie on jest.
    Dochodzi do siebie. - No - kiwa głową. - Znajdź.” - Jak wpada w szał, to co robi? Bo tego nie pokazujesz, a „Wpada w szał” i zdanie poniżej mi nie wystarczają. Przed „Jeżeli” brakuje myślnika. „Dochodzi do siebie” - czyli co dokładnie robi? „- No - kiwa głową. - Znajdź.” - powinno zaczynać się od nowego akapitu i być napisane tak: – No. – Kiwa głową. – Znajdź.

    Inne drobne błędy.

    Bohater opowiada ze swojego punktu widzenia, a nagle pojawiają się myśli Aďmee. Niby skąd on może wiedzieć, co ona sobie pomyślała?

  • Klikania - zgadzam się, znika w późniejszej wersji tekstu

    Myślniki - wady autokorekty edytorów tekstu, wady wklejek do neta. Wydawnictwa mają to w dupie, korekta poprawi.

    Powtórzenia - w j. polskim grzech, w innych (niem. ang.) standard. Wzbogacajmy język ojczysty. Nieświadomie wzmacniają efekt.

    Umysłu - uzmysłowić - racja, nie wyłapałem.

    Kolejna restauracyjka - to fragment powieści, nie opowiadania, było coś wcześniej.

    Nawiasy - powinno używać się nawiasów, myślniki są dla idiotów

    Dialog w tekście - zabieg stosowany w lit. franc. - chodzi o przyspieszenie narracji.

    Kręcę - racja.

    Myślniki - było. Odpierdol - racja. Przecinki - pewnie też.

    Wpada w szał i kilka rzeczy dalej - Oj, Barburko! Chcesz karmić czytelnika? Grzech śmiertelny kreatywnego pisania!

    Jeżeli - zabieg przyspieszający narrację

    Inne drobne - są i większe

    Bohater opowiada - nadal chcesz karmić czytelnika. Gardzisz nim, idiotą, niezdolnym do zrozumienia najprostszego teksu

    Bardzo dobrze, że tu jesteś.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się